Na początku czerwca, bez wcześniej­szych zapowiedzi, pojawiła się finalna wer­sja aplikacji Ligh­troom 3. Niejed­nokrot­nie pisałem o wcześniej­szych jego wer­sjach, więc moż­liwość prze­testowania naj­now­szej, wykorzystałem nie­mal natych­miast. Pobrałem wer­sję testową i postanowiłem spraw­dzić, jak aplikacja spraw­dzi się w prak­tyce. Pod­łączyłem aparat i zgrałem cały materiał z ostat­niego repor­tażu ślub­nego.

Okno importu znane jest z wcześniej­szych wer­sji beta i nie zauważyłem tam żadnych modyfikacji. Nowo­ści pojawiają się dopiero póź­niej. Pierw­szą i naj­waż­niej­szą z nich jest długo oczekiwana moż­liwość korek­cji dys­tor­sji i per­spek­tywy, bez potrzeby uruchamiania Photoshopa. Jak dla mnie, to spora dogod­ność; już nie będę miał w bibliotece tiff’ów, których nazwy koń­czą się na “_edit”, tylko dlatego, że przez chwilę były w Photoshopie. Teraz to wszystko można skorygować na poziomie samego RAW’a. Oprócz manual­nych ustawień, można też skorzystać z profili, zgod­nych z obiek­tywem, którym dane zdjęcie zostało wykonane. Wbrew mojej począt­kowej nie­chęci, to roz­wiązanie radzi sobie nad­spodziewanie dobrze, nawet z tak “trud­nym” obiek­tywem jak canonow­ski 17-40L.

Drugą, z istot­nych dla mnie nowo­ści, jest działający (w wer­sji beta nie udało mi się go uruchomić) tethering, czyli moż­liwość połączenia aparatu z kom­puterem i wyświetlania właśnie zrobionych zdjęć na ekranie kom­putera. Roz­wiązanie to świet­nie spraw­dza się w studio, pozwalając na znacz­nie łatwiej­sze spraw­dzenie ostro­ści fotografii. Wresz­cie mogłem usunąć te paskudne canonow­skie aplikacje, których stabil­ność (zwłasz­cza pod Snow Leopar­dem) i powol­ność działania strasz­liwie mnie irytowały. 

Nowy Ligh­troom to także nowy sil­nik wywoływania RAW’ów. Zmiana jest zauważalna, zwłasz­cza na fotografiach, wykonanych w trud­nych warun­kach oświetleniowych przy wysokich czuło­ściach. Z bar­dziej dogłęb­nym komen­tarzem wstrzymam się jed­nak do czasu pierw­szych wydruków na papierze. 

W czasie pracy nad pierw­szymi repor­tażami, zauważam jed­nak, że nowy Ligh­troom — wbrew temu, co mógłby sugerować znacz­nik 64-bit przy uruchumianiu — działa wol­niej niż wer­sja 2.7. W poprzed­niej wer­sji, po impor­cie wszyst­kich fotografii, generowałem ich pełne pod­glądy, by potem już nie widzieć komunikatów ‘Loading’ czy ‘Loading from previews’; wszystko odbywało się błyskawicz­nie. W nowej wer­sji natomiast, mimo wygenerowanych pod­glądów, nadal muszę czekać, zwłasz­cza w trybie Develop. Znalazłem też drugi minus, którego jed­nak nie jestem w stanie ani wytłumaczyć ani — jak dotąd — wyeliminować. Pod­czas importu, od dawna mam ustawione, żeby Ligh­troom zmieniał nazwę pliku, dodając przed nazwę z aparatu jesz­cze dokładną datę (to bar­dzo ułatwia potem sor­towanie fotografii, gdy fotografowało się dwoma aparatami). Nowy Ligh­troom także to zmienia, dodając — nie wiedzieć czemu — dwie godziny do każ­dej wstawionej daty. Przy­kładowo zdjęcie, które zostało zrobione o 9:21 (i taki czas jest odczytany przez Ligh­troom) ma w nazwie 11:21. Strefy czasowe kom­putera i aparatu są, rzecz jasna, identyczne. 

Ligh­troom 3.0 nie­sie ze sobą także moż­liwość instalacji wtyczek, w tym jedną — prein­stalowaną — umoż­liwiającą eks­port zdjęć bez­pośred­nio do ser­wisu flickr. Choć mam tam konto, to nigdy nie prze­konałem się do tego na tyle, by korzystać z niego na bieżąco. Podej­rzewam jed­nak, że dla stałych użyt­kow­ników to spore udogod­nienie, z którego jak dotąd, mogli korzystać tylko użyt­kow­nicy Aperture. 

Nie do końca jasna jest dla mnie wbudowana obsługa materiałów wideo. Wróciliśmy właśnie z urlopu i pod­łączyłem aparat żony, którym nagrywała głów­nie “fil­miki”. Ligh­troom wykrył go bez problemu, roz­poznał zawar­tość, zaim­por­tował wszystko i …to tyle. Jedyną bowiem operacją, jaką można wykonać na pliku wideo w Ligh­troom 3 jest jego odtworzenie …za pośred­nic­twem domyśl­nej aplikacji (czyt. nie Ligh­troom 3). Aper­ture idzie w tej materii o wiele dalej, pozwalając chociażby na pocięcie tych materiałów i szybki mon­taż za pomocą modułu Slideshow. Wygląda to tak, jakby Adobe chciało zarówno dogonić kon­kuren­cję, jak i speł­nić oczekiwania rynku, ale wyszło im to bar­dzo średnio. 

Pokazy slaj­dów, zgod­nie z tym, co zapowiadały wer­sje beta, mogą teraz być wyeks­por­towane nie tylko do PDF’a, ale także jako pliki wideo. Wresz­cie. Z tym, że znów Aper­ture wyprzedza Ligh­troom, oferując znacz­nie więcej opcji takiego eks­portu. W LR mamy wpływ jedynie na czas wyświetlania fotografii i czas przej­ścia, bez moż­liwo­ści wyboru rodzaju takiego przej­ścia, nie wspominając na przy­kład o efek­cie Kena Burnsa.

Pod­sumowując, kupię upgrade na pewno, bo z czę­ści nowych rzeczy będę korzystał, a i efekty pracy nowego sil­nika wyglądają obiecująco. Mam tylko nadzieję, że gor­sza niż w wer­sjach poprzed­nich wydaj­ność, jest wynikiem nie­wiel­kiej ilo­ści wol­nego miej­sca na dysku, jaka aktual­nie mi pozostała; spraw­dzę to, jak tylko nowy dysk do mnie dotrze. Tym­czasem, wracam do korek­cji dystorsji. 

skomentuj