Ostatnio bardzo dbam o swój czas. Głównie o to, żeby nie marnować go na rzeczy nieistotne. Jeśli dłużej się nad tym zastanowić, to nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek trwonił go w pełnym znaczeniu tego słowa – nie gram na konsoli, nie oglądam seriali i nie śledzę na bieżąco facebookowej ściany. Mimo to jeszcze nie tak dawno temu, spędzałem zbyt dużo czasu, czytając timeline na Twitterze oraz wyszukując ciekawe artykuły w czytniku RSS.
Z tym pierwszym poszło dość łatwo – pogrupowałem wszystkie śledzone osoby na trzy listy (‘daily’, ‘services’ i ‘the rest’). W pierwszej znalazły się wszystkie te osoby, które lubię czytać, które publikują ciekawe rzeczy lub, z którymi dobrze mi się dyskutuje – to właśnie ta lista stała się moim timeline i tylko z nią jestem na bieżąco. Druga lista to serwisy – czyli wszystkie te konta, za którymi stoi więcej niż jedna, konkretna osoba, a które również czasem przekierowują do ciekawych rzeczy. Słowo czasem w powyższym zdaniu jest kluczowe – oznacza ono, że nie muszę śledzić tej listy na bieżąco; jeśli mam chwilę wolnego czasu, mogę tam zajrzeć, ale nie tracę na czasu na przeglądanie tych informacji w trakcie każdego zerknięcia na Twitterową linię czasu. Ostatnia lista, to cała reszta – wszystkie te osoby, którym zdarza się napisać coś ciekawego, ale nie na tyle często, by śledzić to codziennie. Trafiły tu także te konta, z którymi czasem komunikuję się za pośrednictwem prywatnych wiadomości, ale które niekoniecznie chcę lub mam czas czytać na bieżąco.
Taki podział znacznie ograniczył czas, jaki spędzam na Twitterze każdego dnia, praktycznie bez ujemnego wpływu na użyteczność i korzyci płynące z używania serwisu. Dodatkową motywacją było powstanie aplikacji Tweetbot dla iPada, co pozwoliło mi na całkowite usunięcie klienta Twittera z komputera – to iPad stał się „maszynką” to twittowania. Z bardzo prostej przyczyny.
Pracując, bardzo łatwo było wpisać ‘tw’ w pasku aplikacji LaunchBar, uruchomić tym samym makowego klienta i przerwać pracę. Co, oczywiście, nie jest pożądane. Obecnie, muszę wykonać fizyczną operację i wstać, by sprawdzić „co nowego”, co sprawia, że nie robię tego w czasie pracy.
RSS
Z czytnikiem RSS było nieco trudniej. Przez lata nazbierało mi się w nim wiele różnych kanałów, publikujących treści w takich ilościach, że zaczęły mnie one przerastać. Nierzadko Reeder dla Mac OS X (który nota bene jest jedną z moich ulubionych aplikacji kiedykolwiek) nie pokazywał w ikonie w Docku ilości nieprzeczytanych nagłówków, co oznaczało, że było ich ponad 1000.
Prawdopodobnie jak większość z Was śledzone kanały miałem podzielone na grupy (‘Apple’, ‘design’, ‘photo’, ‘own’, ‘others’, ‘food’ itp.) i przez długi czas takie rozwiązanie mi się sprawdzało. Lub wydawało mi się, że się sprawdza. Zwłaszcza, że praktycznie nigdy nie korzystałem z przycisku ‘oznacz wszystkie jako przeczytane’ w danym katalogu, obawiając się, że być może stracę przez to coś ciekawego. Przeglądałem więc wszystko, co zabierało mi całkiem sporą część dnia/weekendu.
Chcąc to zmienić, wiedziałem, że muszę zredukować liczbę kanałów – pozostawał problem, jak to zrobić, skoro wszystkie z nich są ciekawe? W pierwszej chwili pomyślałem o tym, żeby zamiast katalogów, sugerujących tematykę, wprowadzić coś w rodzaju systemu gwiazdkowego – ☆☆☆☆☆ oznaczałoby te strony, na których treści uważam za najciekawsze lub najważniejsze, aż do ☆, gdzie trafiałyby te najmniej istotne. Chwilę potem pomyślałem, że to jednak bez sensu – spędzę masę czasu na tworzeniu takiej hierarchii, a potem i tak będę się zastanawiał czy mam czas na te trzy-gwiazdkowe czy może tylko te z czterema. Idąc dalej tym tokiem myślenia, doszedłem do wniosku, że liczą się tylko dwa stany – kiedy mam tylko trochę czasu (np. przerwa na kawę pomiędzy realizowanymi projektami) lub gdy mam dużo czasu (po południu lub w weekendy).
Usunąłem więc wszystkie katalogi, tworząc w ich miejscu tylko dwa: ‘important’ i unimportant. Ktoś mógłby w tym miejscu zastanowić się jaki jest sens oznaczania danych treści za nieważne – skoro są nieważne, to czy nie lepiej usunąć je całkowicie?
Teoretycznie tak, jak najbardziej. Ja jednak wiedziałem, że ogromna większość stron, które zdarzyło mi się dodać do czytnika, jest w jakiejś mierze istotna. Powyższy podział pozwoli mi określić, które rzeczywiście takimi są. Do pierwszej grupy trafiły bowiem tylko te kanały, które uznałem za bezwględnie ważne lub zwyczajnie dobre – te, które czytam zawsze, te, co do których mam pewność, że zamieszczone w nich treści są co najmniej ciekawe, a także te, których autorów znam osobiście i jestem zwyczajnie ciekaw, o czym aktualnie piszą.
Druga grupa – jak nietrudno się domyśleć – zawiera całą resztę. Tę, na którą mam czas tylko w wolne, leniwe popołudnia lub podobne weekendy. Tę, którą bez wyrzutów sumienia i martwienia się, że przeoczyłem coś ważnego, mogę odznaczyć jako przeczytaną, kiedy tylko najdzie mnie na to ochota.
Zastosowany u mnie podział nie jest jednak sztywny – cały czas dokonuję w nich modyfikacji. Zdarzyło się bowiem, że kanał, który pierwotnie uznałem za mało ważny, stał się tym, który z chęcią „przyjąłem” do grupy tych ważniejszych. Co jednak bardziej istotne, takie rozgrupowanie pozwala mi ciągłą redukcję kanałów. Gdy po całym tygodniu nie zaglądania do ‘unimportant’, zapoznaję się z listą artykułów z danej strony i żaden z nich nie jest ciekawy, usuwam ją.
W ten sposób zaoszczędziłem już masę czasu, a wszystko wskazuje na to, że kolejne ograniczenia tego typu informacji są wciąż przede mną. W ciągu ostatniego miesiąca, przeczytałem prawdopodobnie więcej artykułów z Instapaper (czyli tych, które już wcześniej uznałem za ciekawe) niż w ciągu ubiegłego kwartału. Wróciłem też do czytania książek, na które wcześniej zawsze brakowało mi czasu. Jeśli „dojdę” do takiego momentu, w którym będę miał czas także na przeglądanie treści z Zite, uznam powyższe działania za ogromny sukces, a tymczasem zachęcam Was do podobnych eksperymentów i do przypomnienia sobie, co naprawdę jest ważne.
