Fotografia przez lata stawała się coraz bardziej powszechna. Coraz więcej osób miało dostęp do narzędzi aż wreszcie dziś, na dobrą sprawę każdy ma własny aparat czy inne urządzenie służące do obrazowania (jak to nazywał kiedyś system Windows). Nikt tego pędu nie zatrzyma. Nikt nawet nie próbuje.
Z jednej strony – dla fotografii – jest to pozytywne zjawisko; powstaje więcej zdjęć, więc – statystycznie – powstaje też więcej dobrych zdjęć. Tak przynajmniej wygląda teoria. W praktyce wygląda to chyba inaczej i, niestety, znacznie gorzej. Ostatnia wizyta w Paryżu pozwoliła mi się o tym przekonać dość dobitnie.
Mam bowiem wrażenie, że większość turystów ogląda nieznaną sobie rzeczywistość na wyświetlaczach swoich aparatów. Nie krytykuję takiej postawy, nie twierdzę, że to źle; każdy z nas ma potrzebę zatrzymania wspomnienia, a powszechność urządzeń bardzo w tym pomaga. Dziwi mnie jedynie kolejność wykonywania poszczególnych czynności. Kiedyś, stojąc przed czymś ciekawym, najpierw się to oglądało, a potem ewentualnie robiło zdjęcie. Dziś – i przekonałem się o tym wielokrotnie – najpierw robi się zdjęcie, by potem – o ile starczy czasu – to coś ewentualnie zobaczyć.
Katedra Notre Dame na przykład, pełna była dzieciaków, każdy z cyfrówką na szyi (za moich czasów na wycieczki szkolne brało się aparaty jednorazowe lub wybłagane u rodziców kompakty fix-focus), które fotografowały wszystko dookoła, nie zastanawiając się nawet, gdzie są. Witraż, ołtarz, kolumna, obraz, znów witraż; wszystko w biegu, ignorując zarówno historię, świętość, jak i atmosferę miejsca. Słyszane tylko od czasu do czasu „this is so cool” przypominało, że to żywe istoty. Podobnie było pod Wieżą Eiffel’a, gdzie z pewnością było więcej aparatów niż ludzi, bo chociażby stojąca obok turystka ze wschodu fotografowała swoim Canonem i iPhone’m jednocześnie!

Koronny przykład takiej postawy spotkałem jednak w Luwrze, gdzie kobieta idąc, trzymała w dłoni włączoną kamerę, obiektywem skierowanym w bok, nagrywając wszystko, co mijała, nawet na to nie spoglądając. Rozmawiała z towarzyszami podróży, bo przecież dzieła sztuki obejrzy sobie przed telewizorem.

Ależ się nam poprzestawiały priorytety… Przykre.
